Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
333 posty 828 komentarzy

CIA kontra Trump, czyli pojedynek do ostatniej kropli krwi

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

"Mamy do czynienia z pojedynkiem do ostatniej kropli krwi i bez możliwości jakichkolwiek kompromisów, natomiast z obustronnymi obwinieniami, które mogą jedną lub drugą stronę postawić przed sądem z oskarżeniem o zdradę stanu".

 

 

CIA w sposób otwarty grozi Białemu Domowi. Czuje się wystarczająco silna?

 
 
La Cia minaccia apertamente la Casa Bianca. Perché si sente forte?
 
 
 
 
Maurizio Blondet      7 styczeń 2017        tłum. RAM

 
 
 
(...)  W USA trwa wojna domowa. Nie jest to (jeszcze) wojna "od dołu" – jest to walka szczytów - bardzo niebezpieczna, oczywiście nie tylko dla Amerykanów, ale również i dla nas, amerykańskich wasali, ponieważ zadecyduje ona o tym, czy znajdziemy sie w mocy superpotęgi zbrodniczej w części lub zbrodniczej w całości.

 
 
Jest to wojna domowa, w której przeciwnikiem prezydenta elekta jest CIA. Oczywiście sam wyraz "CIA" jest uproszczeniem i oznacza całą galaktykę tzw. służb działających potajemnie, które  od 11 Września zostały przez administrację Busha juniora upoważnione do realizacji wszystkich możliwych operacji kryminalnych, tortur, zabójstw, false flag, dezinformacji, werbunku terrorystów islamskich, itd.

 
 
Podczas 8 lat prezydentury Obamy, agencje te uzyskały autonomię i władzę na bezprecedensową wprost skalę. Obecnie wygląda na to, że opozycja, jaką reprezentują czuje się wystarczajaco silna by zniszczyć Donalda Trumpa. Tutaj należy zauważyć, że użycie nazwiska "Donald Trump" również jest uproszczeniem. Trump jest osobą, na której skoncentrowały się – nazwijmy je – zdrowe sektory wywiadów i aparatu wojskowego, chcące neutralizacji swych frakcji działających od wielu lat w sposób odmienny od prawidłowego.

 
5 stycznia, w amerykańskim senacie,  James Clapper po raz kolejny stwierdził, że Rosja - wraz ze swymi hackerami – wpłynęła na wynik wyborów w USA, choć jak wyraził się -  "nie jesteśmy w stanie ocenić w jakim stopniu odnosi się to wyborców".  Zdefiniował także Rosję jako  "podstawowe zagrożenie dla Ameryki" – zajmując tym samym stanowisko jawnie sprzeciwiające się politycznym zamiarom przyszłego prezydenta.

 
Clapper, mający 75 lat jest podającym się do dymisji szefem DNI – Director of National Intelligence. Jego biuro – ODNI  łączy 17 różnych wywiadowczych służb amerykańskich -cywilnych, wojskowych, krajowych i zagranicznych z Białym Domem. W praktyce, ODNI jest środkiem, przy pomocy którego wszystkie wyżej wymienione organy jednogłośnie porozumiewają sie z prezydentem USA.  


 
 
James Clapper
 
Director of National Intelligence
 
Office of the Director of National Intelligence
 
 
 
James Clapper jest także tym, który w charakterze DNI - i z pewnością w imieniu Obamy – wyrzucił  z DIA (Defense Intelligence Agency)  generała Michaela Flynn'a, który kierował wywiadem wojskowym do roku 2013, przeszkadzając w podejrzanych poczynaniach tak CIA jak i Departamentowi Stanu (zarządzanemu przez Hillary Clinton) w Libii i w Syrii, oraz zbrojeniu ISIS.

 
 
Obecnie Clapper ma przed sobą Flynn'a jako doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego w ekipie Trumpa, który powierzył mu także w sposób otwarty zadanie reorganizacji CIA i innych służb. Jak potwierdziła anonimowa osoba z team'u Trumpa, wypowiadająca się dla  Wall Street Journal -  "otoczenie prezydenta uważa, że środowiska wywiadów za bardzo się upolityczniły - dlatego wszystkie służby zostaną 'odchudzone'. Istotą sprawy będzie tak przebudowa samych agencji jak i ich współpracy".
 
 
 
Generał Flynn, pochodzący ze środowiska wywiadowczego, dokładnie wie gdzie powinno się obciąć, gdzie przeprowadzić reorganizację i w jakich innych "chorych" miejscach należy zainterweniować.  Skutkiem tego rodzaju zapowiedzi jest dobrze wyczuwalna wściekłość i strach w zainteresowanych kręgach, oraz – co robi jeszcze większe wrażenie – gotowość rzucenia wyzwania prezydentowi, który za kilka dni obejmie swój urząd. Jest to rebelia nie posiadająca precedensów (wykluczając być może jedynie zabójstwo prezydenta Kennedy). Wcześniej służby udawały lojalność, dziś zrzuciły maskę. (...)

 
Jest rzeczą niezwykle pouczającą przyglądnięcie się jak  Carnegie Endowment for  International Peace – historyczny już think tank pracujący nad "eksportem demokracji", co tylko upłakiwał - w osobie swego wiceprezydenta Thomasa Carothers'a - iż "kiedy przyjdzie do władzy Trump -  zanikną możliwości dalszego rozpowszechniania demokracji". Wymienił z tej okazji "brutalnego Duterte – dyktatora Filipin" i węgierskiego Orbana, dodając, że obydwa te kraje potrzebujące demokracji, będą musiały teraz zaczekać.

 
 
Thomas Carothers
 
Carnegie Endowment for International Peace
 
Prospects for U.S. Democracy Promotion Under Trump
 

 
 
Komisja Obrony Senatu, przed którą Clapper powtarzał oskarżenia przeciwko Putinowi (a w rzeczywistości przeciwko Trumpowi) jest kierowana przez senatora Arizony, Johna McCaina, który przez lata wyśpiewywał  "bomb, bomb, bomb Iran" – chcąc w ten sposób przypodobać się swym przyjaciołom neocon'om. To ten sam McCain, który brał udział w tworzeniu Kalifatu. Zanim jeszcze zaczęło się przesłuchanie Clappera, McCain powiedział: "Każdy Amerykanin powinien być przerażony możliwością agresji Rosji na USA".

 
 
McCain powraca na Ukrainę

 
 
Czy wiecie gdzie senator McCain - wraz  ze swym starym wspólnikiem i podwładnym, senatorem Lindsey'em Graham'em - spędzili Święta Bożego Narodzenia?  

Na wschodniej Ukrainie,  w strefie walk, w okolicach Szyrokina, gdzie wygłaszali przemówienia do neo-nazistowskich milicji i skąpej ilości regularnych żołnierzy (zajmujących się prowokacjami wobec separatystycznego Donbasu), tak, że ci po ich zachętach zaciągnęli na front ciężką artylerię, lekceważąc  porozumienia Mińsk 2. Senatorowie skrytykowali także otwarcie politykę Trumpa, dotyczącą zbliżenia z Moskwą.(...)

 
 
Osoby wrogie Trumpowi dysponują ogromnymi środkami umożliwiającymi zahamowanie zmian , także dzięki współpracy ze środowiskiem, które określiliśmy mianem "CIA". W maju ubiegłego roku, senator Graham zdobył się nawet na "proroctwo" (groźbę) zaistnienia "następnego 11 Września", w przypadku wygranej Trumpa w miejsce Teda Cruz'a. Dodał wtedy, że "ma miejsce wojna wewnętrzna w GOP" (Grand Old Party).

 
 
Graham: Trump would lead to 'another 9/11'
 
 
 
W Senacie, republikanie będą głosować przeciwko Trumpowi - ilu ich będzie, zobaczymy. Ale ich sprzeciw może nieograniczyć się jedynie do głosowania przeciw. 4 grudnia senator demokratów - Chuck Schumer (Żyd z Wall Street) skomentował zamiary Trumpa co do reorganizacji CIA w ten oto sposób: "Pozwólcie mi na szczerość: jeżeli zaczniesz drzeć koty z Intelligence Community – oni mają 'six ways to Sunday' byś im za to zapłacił", po czym tak Schumer jak i dziennikarka przeprowadzająca z nim wywiad – Rachel Maddow, aktywistka lesbijka (na podstawie czego ma się za "postępową") i gwiazda MSNBC zachichotali porozumiewawczo.

 
 
Wywiad Rachel Maddow z Chuck'iem Schumer'em
 
Chuck Schumer
 
Rachel Maddow
 
Did Chuck Schumer Just Threaten Donald Trump?
 
 
 
 
Wall Street Journal relacjonuje anonimowe żale osoby, która mówi: "To, co sie dzieje jest straszne. Żaden prezydent nie szkalował tak CIA i żaden nie rzucał jej podobnych wyzwań, mając nadzieję, że robi to bezkarnie". Dochodzą do tego jeszcze operacje końcowe, jakie przeprowadza Barack Hussein Obama,  których być może nie należy interpretować jako podłego ciosu w plecy zadanego przez przegrywającego, ale jako możliwość przygotowywania jakiegoś bardzo groźnego w skutkach zajścia.

 
 
Mam na myśli dozbrojenie na dużą skalę NATO, z koncentracją wojsk i uzbrojenia u granic Rosji – od wyładowania w Bremerhaven 2 500 pojazdów wojskowych i ich wysyłki do Polski, do których należy doliczyć 84 helikoptery bojowe (12 helikopterów klasy CH-47 (Chinook), 24 sztuki AH-64 (Apache), 30 sztuk OH-58 (Kiowa) i 50 sztuk UH-60 (Blackhawk)) – (służacych do gigantycznych ćwiczeń in extremis, nazwanych Atlantic Resolve) – po zagadkowe wycofanie wszystkich 10 amerykańskich lotniskowców (razem z towarzyszącymi im grupami morskich jednostek wspierających) ze wszystkich mórz.

 
Coś podobnego wydarzyło się jedynie w roku 1945. Fakt jest tak dziwny, że popularny blogger Alex Jones obawia się, iż być może na inaugurację prezydentury Trumpa przygotowuje sie false flag. Wydaje się także, że zdenerwowany przyszły minister obrony, generał Mattis nie został o niczym poinformowany.

Na koniec,  cały aparat  wyborczy (zaczynając od komputerowych list wyborców) Obama uznał za infrastrukturę krytyczną i oddał go pod kontrolę departamentu bezpieczeństwa wewnetrznego – co można tłumaczyć chęcią chronienia go przed rzekomymi hackerami Putina, lub potrzebą zwołania nowych wyborów w krótkim czasie. (...)

 
 
Trump wyrzuca ze swej ekipy neocon'a Woolsey'a  

 
 
Jednakże ani Trump, ani jego ludzie nie wyglądaja na przestraszonych. (...) Z obecności w team'ie Trumpa zrezygnował były szef CIA – James Woolsey – jeden z najgoźniejszych neocon'ów, zamieszanych w wydarzenia z 11Września. Woolsey był bowiem jednym z sygnatariuszy dokumentu "Rebuilding of American Defense” (opracowanego przez  Project for a New American Century),w którym przepowiadano "nowy Pearl Harbor" jako pretekst do napaści na Irak – a co zamach na wieże WTC w pełni zrealizował. Razem z Woolsey'em projekt podpisali Dick Cheney, Donald Rumsfeld, Paul Wolfowitz (supersyjonista, uczeń Leo Strauss'a), Richard Armitage, Michael Leeden i inni.

 
 
Project for the New American Century (PNAC)
 
 
 
 
Wprowadzenie do ekipy Trumpa tego rodzaju osobistości jak Woolsey groziło trzecią amerykańską prezydenturą w rękach izraelskich neocon'ów. Obecnie Woolsey, lub źródło jemu bliskie żali się gazecie  Washington Post, że wprawiało go w zakłopotanie udzielanie  "jego imienia i jego wiarygodności ekipie, która nigdy się z nim nie konsultowała". Jednym słowem – nie zapraszano go do dyskusji, nie pytano go o zdanie – ekipa Trumpa nie zwracała na Woolsey'a uwagi.

 
 
Former CIA director James Woolsey quits Trump transition team
 
 
 
 
Steve Pieczenik natomiast udzielił wywiadu Alexowi Jones'owi i mówił w nim o "homoseksualizmie mulata", o tym, że Obama był "tworem CIA", i że "nie wie co robić z faktem, ze pomógł wymordować pół miliona ludzi w Syrii", a także o "patetycznym Żydzie Johnie Kerry i zaangażowaniu klanu Hillary Clinton i CIA  w wydarzenia z 11 Września".

 
Wszystko, co powiedział można określić jako błyskawiczne aluzje do brudnych spraw, które ekipa Trumpa – gdyby zaszła tego potrzeba – może ujawnić na szkodę przeciwników.

Pieczenik wezwał także do "oczyszczenia całej strefy neocon", jak również CIA, która "stworzyła tak Al Qaedę jak i ISIS". Pogróżka odkopania prawdy na temat 11 Września jest tak poważna, że w przypadku otworzenia procesów może doprowadzić do wyroków śmierci.

 
 
Steve R. Pieczenik
 
 
 
Podsumowując, wydaje się, że mamy do czynienia z pojedynkiem do ostatniej kropli krwi i bez możliwości jakichkolwiek kompromisów, natomiast z obustronnymi obwinieniami, które mogą jedną lub drugą stronę postawić przed sądem z oskarżeniem o zdradę stanu. (...)


 
 
 
Rozpowszechnianie treści przetłumaczonych artykułów jest dozwolone wyłącznie na darmowych platformach elektronicznych.

 

 

KOMENTARZE

  • Autor
    ... a jednocześnie do walki z neokonami mamy wyraźny sygnał wsparcia od Trumpa dla Netanjahu w sprawie inwazji kolonizacyjnej na Palestynę, także otwarte dążenie nowego prezydenta do nawiązania przyjaznych relacji z Rosją, tradycyjnie bardzo ciepłe relacje Izraela z Rosją Putina

    gabinet luster
  • Para
    https://pp.vk.me/c637117/v637117780/2cb62/Y8ItyiWBQ64.jpg
  • Hilarka...
    Jak dobrze kojarzę to ona powinna siedzieć za handel ludźmi :) jest chyba sporo grupa Haitańczyków którzy by ją na pal nabili - sporo zaginięć i morderstw niewyjaśnionych. Prawniczka fundacji Clintonów uciekła z USA na Haiti gdzie angażowała się w pomoc ludności miejscowej ale po tym jak przekazał dokumenty na temat Fundacji ClintonÓw- Wikileaks została zamordowana, jeśli Clintonowa nie pójdzie siedzieć to trzeba uważać na to co się dzieje. Ponieważ dalej będą ze swoją fundacją na Haiti szukać organów...etc..
  • False flag!?
    Bardzo ciekawy artykuł. Ciekawe co też z tego będzie.

    Podskórnie czuję, jak napięcie w świecie bardzo narasta w ostatnich miesiącach. Obawiam się, że wszystkie te niestandardowe zagrania Obamy na koniec swojej kadencji, nie są robione po to, aby tylko nabruździć następcy, ale mają konkretny cel i są elementem większej układanki, która ujawni swoje brzydkie oblicze jeszcze przed zaprzysiężeniem Trumpa. Jeżeli będzie to operacja fałszywej flagi, która sprawi, że w USA ogłoszą stan wojenny i Obama zostanie na stanowisku Prezydenta USA, to i tak mamy tam wojnę domową. Powiązanie nasilonej w ostatnich miesiącach nagonki na Rosję, z przyspieszonym lądowaniem brygady pancernej USA w Polsce, może oznaczać, że ta akcja fałszywej flagi, będzie miała właśnie rosyjską flagę na maszcie.
  • Nie ma konfliktu między Trumpem a CIA.
    Nie ma żadnego konfliktu między CIA a prezydentem elektem Trumpem. Co my słyszymy i widzimy to echa walk w elitach gospodarczych USA. Z jednej strony elity finansowe, handlowe i medialne z drugiej tuzy z tradycyjnej dziedziny gospodarki. Walka się toczy o kierunek rozwoju USA. Elity działające w tradycyjnych dziedzinach gospodarki są zaniepokojone globalizacją. Ich biznesy jest trudniej przenieść do krajów o niższych kosztach pracy. Trump to tylko symbol. Przedsiębiorca i celebranta, jest tylko symbolem, wystawionym do walki z elitą polityczną USA.
    Tezę opieram w oparciu o nominacje urzędników Trumpa.
  • @@@!
    http://warszawskagazeta.pl/media/k2/items/cache/5b2bcffcbd7af212a2634dd0f05a16eb_L.jpg Najwięksi sponsorzy kampanii wyborczej Hillary Clinton to Żydzi. To nie cytat z Protokołów Mędrców Syjonu, to donos izraelskiej „Haaretz”. A dla niej pisanie o żydowskiej potędze to nie antysemityzm, ale dozwolone, a nawet pożądane działanie.

    Na czele listy są George Soros, Jay Pritzker, Donald Sussman, Daniel Abraham i Haim Saban. „Piątkę” wymienił też „Washington Post” (a za nią Żydowska Agencja Telegraficzna), dodając, że chodzi o izraelsko-amerykańskich właścicieli funduszy hedgingowych i potentata przemysłu hazardowego, którzy wcześniej zasilali Fundację Clintonów, czyli pralnię pieniędzy trafiających na konta prywatne Billa i Hillary. Czy coś znaczyło, że cała „piątka” to Żydzi i wielcy zwolennicy Izraela? Czy nie żądali w zamian specjalnego traktowania? Jeden z nich, Haim Saban rzekł kiedyś: Jestem facetem jednego tematu, a tym tematem jest Izrael. Gigantyczne pieniądze fundacja otrzymała z Wall Street. Swe sakiewki otworzyło dla niej wiele hollywoodzkich gwiazd. Czy im też coś obiecała? A może to wszystko antysemickie plotki? Według „Wall Street Journal” gospodarzem fundraisingowej gali (bilet wstępu 100 tys. od łebka) była Lynn Forester de Rothschild. Osiem milionów dał Soros. Grosza nie poskąpił Steven Spielberg i jego biznesowy partner z Dream Works Jeffrey Katzenberg – każdy dał po milionie. Według „Washington Post” za 12 wystąpień przed bankierami z Wall Street Clintonowa zainkasowała 3 mln dolarów (600 tys. tylko za prelekcję dla Goldman Sachs). Nie poprzecie mnie, bo ja nie chcę waszych pieniędzy – Trump przekomarzał się z aktywistami Republican Jewish Coalition, przesłuchującymi kandydatów do Białego Domu. Każdy z nich miał swego żydowskiego przyjaciela i sponsora, dla których – jak to zgrabnie ujął Nathan Gutman z wydawanego w Nowym Jorku w angielskim i jidysz „Forward” – „rozstawili żydowski kram”. Tylko Trump, mimo że w prawyborach wysuwał się na czoło, nie miał nikogo. Brylowali Jeb Bush, Marco Rubio, Ted Cruz i Lindsey Graham. Ten ostatni obiecywał: będziecie mieli pierwszy w historii w pełni żydowski rząd. Wszyscy ze wstrętem wymawiali słowo „Trump”. Ani grosza nie dali menedżerzy funduszów hedgingowych Paul Singer i Bruce Kovner, poparcia odmówił diler samochodowy z Florydy Norman Braman i Larry Ellison z Doliny Silikonowej. Czy brak poparcia żydowskich „dobroczyńców” coś znaczył? Tylko teoretycznie, bo Trump napisał tu nowe reguły gry – w przeciwieństwie do innych kandydatów, o względy i pieniądze żydowskiej elity nie zabiegał. Miał coś, czego nie mieli faworyci Jewish Coalition – wielki i znany biznes.

    Według Żydowskiej Agencji Telegraficznej spośród pretendentów do urzędu prezydenta najbardziej powiązany z Żydami był Trump: urodził się i całe życie spędził na Manhattanie, a biznes prowadzi w nasyconym Żydami sektorze nieruchomości. W pewnym sensie jest bardziej insiderem niż outsiderem tej społeczności – jego córka, zięć i dwóch wnuków to Żydzi, a prawą ręką w biznesie jest Michael Cohen. I wreszcie, jako jedyny spośród kandydatów ma hucpę. Dla porządku przypomnijmy: mężem jego córki jest Jared Kushner, syn znanej nowojorskiej rodziny handlarzy nieruchomościami; córka Ivanka przeszła na judaizm, jest członkiem ortodoksyjnej synagogi Looksteina i przestrzega szabatu (sam Trump jest prezbiterianinem, ale – jak mówi – do kościoła chodzi tylko z okazji Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy). Nawiasem mówiąc, za Żyda córkę wydali też Clintonowie, ta jednak pozostała przy wierze ojców. W lutym 2015 r. podczas gali żydowskiego stowarzyszenia prasowego Algemeiner Trump głosił: Chcę podziękować mojej żydowskiej córce. Mam żydowską córkę (…) tego nie było w planie, ale jestem szczęśliwy, że do tego doszło. Wyraźnie nieświadomy, że nawiązuje do antysemickich stereotypów, raz po raz podkreślał swe pokrewieństwo duszy z żydowskim audytorium. Mówił o łączącym go z Żydami handlowym zmyśle, przymilał się: Chłopaki, jestem handlarzem, tak jak wy. Zapytany, jak podejdzie do rozmów Izraela z Palestyńczykami, wykręcał się: Czy nikt na tej sali nie negocjował kontraktów? Dobry handlarz wie, że przed grą w pokera nie pokazuje się swych kart. Jego wystąpienie przyjęto z rozbawieniem, ale i nieukrywaną pogardą. Gdy odmówił odpowiedzi na pytanie o status Jerozolimy, został wprost wygwizdany. Nie dotarło do niego, że audytorium nie chodziło o filosemityzm, ale o coś zupełnie innego – o bezwarunkowe poparcie Izraela. Na coś innego zwracano też uwagę w Izraelu. Według Tal Shaleva z portalu Walla, większość Izraelczyków o rodzinie Trumpa nawet nie słyszała. Co nie znaczy, że się Trumpem nie zajmowali. Wybory w Ameryce są bowiem obsesją tamtejszych mediów, mówią o nich jakby Izrael był 51. stanem USA. „Haaretz” i „Jediot Achronot” nie tyle jednak pisały o złożonych relacjach rodzinnych Trumpa z narodem wybranym, co o tym, jak zmieni relacje z Izraelem. Nie interesował ich filosemityzm Trumpa i to że wydał córkę za Żyda, ale czy zerwie porozumienie nuklearne z Iranem. „Israel Hayom” przy innej okazji pisał: Ważne, czy administracja Trumpa będzie wpierać Izrael, a kilka incydentów z molestowaniem znanych amerykańskich Żydów nie ma dla Izraela znaczenia.

    Wytoczyli przeciwko niemu wszelkie argumenty: że molestuje, że przeklina, że nie płaci podatków, że jest bogaty, że pomaga mu Putin, że chce wymienić wszystkich polityków, bo kłamią. Ale nikt nie powinien mieć wątpliwości – znienawidzili go za dwa słowa: America First. W drugiej minucie swego wystąpienia w Center for National Interest Trump zadeklarował: Głównym i najważniejszym hasłem mej prezydencji będzie Ameryka przede wszystkim. Politykę zagraniczną Obamy, Clintona i Busha, 15 lat wojen na Bliskim Wschodzie uznał za katastrofę, gdzie rozum zastąpiła głupota i klęska jedna po drugiej. Pytał: czy inwazja na Irak, interwencje w Libii i Syrii warte były amerykańskiej krwi i 6 bln dolarów? Za niebezpieczny uznał pomysł eksportowania demokracji do państw, które nie są nią zainteresowane. W pierwszym rzędzie zajmijmy się własnym narodem i własnym krajem. Wychodźmy z tego biznesu. Nie zostawił suchej nitki na elicie dyplomatycznej Wschodniego Wybrzeża z obu partii: Pozbądźmy się ich i Ameryka znowu będzie wielka. A wiedzieć trzeba, że elita ta zaludniona jest głównie synami lub wnukami żydowskich uchodźców z Polski i Europy Wschodniej. Gdy rzucił hasło „America First”, na stronników „Israel First”, tych, którzy przekupili elity obu partii, media i generałów, by wszyscy lub prawie wszyscy działali w interesie Izraela, a nigdy lub prawie nigdy w interesie Ameryki, padł blady strach. Dotarło do nich, że to koniec wojen w interesie kraju, który dla bezpieczeństwa USA nie ma żadnego znaczenia, wojen w interesie arabskich satrapów płacących łapówki na fundusz wyborczy Clinton i na bibliotekę byłego prezydenta. Porzucenia hasła „America First” zażądała od Trumpa Liga Antydefamacyjna, bo przed Pearl Harbor używał go America First Committee, który powołał Charles Lindbergh, sympatyk nazistów, a jego retoryka pełna była antysemickich stereotypów o zagrożeniu, jakie stanowią Żydzi dla USA z uwagi na ich wpływy w przemyśle filmowym, radiu, prasie i rządzie.

    Od kilku dekad Ameryką rządzą na przemian dwa nurty – liberałowie i neokonserwatyści. Przy czym „konserwatyzm” neokonserwatystów sprowadza się do skrajnej postawy proizraelskiej oraz zapalczywości w awanturach na Bliskim Wschodzie. Neokonów, bo tak się ich nazywa, nie interesują konserwatywne wartości. Ich interesuje ich Izrael. Dochodzą do tego, typowe dla trockizmu, inklinacje sekciarskie. Bo wiedzieć trzeba, że określający się tym mianem politycy, którzy dokonali wrogiego przejęcia ruchu konserwatywnego, przez prawdziwych konserwatystów zwani są neotrockistami, bo tak jak Trocki dążą do światowej rewolucji pod płaszczykiem szerzenia postępu i demokracji. Prawdziwi konserwatyści niechętni byli amerykańskiemu zaangażowaniu w świecie, krytykowali „republikanów Rockefellera”, czyli finansową elitę o lewicowych poglądach, dla których wolny rynek to lichwa, a wolności obywatelskie to sodomia. Wśród neokonów jest tak dużo Żydów, że nazwa ta odbierana jest jak antysemicka obelga, a neokonserwatywne postulaty – jak cytaty z Protokołów Mędrców Syjonu. Eric Edelman, z-ca sekretarza obrony z czasów Busha jest autorem słów: Nienawidzę terminu neokonserwatysta, bo w wielu kręgach to grzeczne określenie Żyda. Bazę neokonserwatystów, czyli w gruncie rzecz ateistów-syjonistów, poszerzają tzw. chrześcijańscy syjoniści, tj. ewangelicy wierzący w umocowane w Biblii prawo Izraela do całej Palestyny. Należą do nich Świadkowie Jehowy, tj. hybryda judaizmu i chrześcijaństwa, którzy napędzali kampanię wyborczą Teda Cruza. Wszyscy, poza Trumpem, wydawali się wierzyć, że droga do Białego Domu prowadzi przez odkurzenie polityki Busha. Wszyscy na podium wyborczym krzyczeli: podrzeć porozumienie z Iranem, zbombardować Asada, więcej broni dla Kijowa. Tryumf Trumpa to nie tylko kłopot demokratów. To także kłopot neokonserwatystów, bo oznacza dalszą banicję na politycznej Syberii i pogrzebanie szansy wyjścia z politycznego niebytu. W czasach Busha byli u szczytu władzy, okupowali Biały Dom, Pentagon i wpływowe think-tanki, odegrali pierwszoplanową rolę w inwazji na Irak. Na jej temat Trump wyraził się jasno: Była wielkim, wielkim błędem. Nigdy w Iraku nie powinniśmy się znaleźć. Kłamali, że jest tam broń masowego rażenia. Nie było jej i wiedzieli, że jej tam nie ma. Wypowiedź ta neokonom mówiła wszystko.

    Podczas kampanii wyborczej podłączyli się pod Jeba Busha, a potem Marco Rubio, upatrując w nich najlepszą szansę na odbudowę wpływów. Do ekipy Rubio weszła ich cała zgraja. Ale Rubio w prawyborach przepadł. Wykopał go renegat Trump, a to nie jest dobre dla Izraela, ani dla Żydów – pisał w „Forward” Nathan Guttman. Zaczęli myśleć o czymś nie do pomyślenia. Elliott Abrams głosił: Nigdy nie zagłosuję na Trumpa. Eliot Cohen, dyplomata Busha (który według Politico mobilizował neokonserwatystów do podpisania manifestu „Never-Trump”) diagnozował: Hillary jest mniejszym złem. Paul Wolfowitz zgryźliwie wypominał: Trump z uznaniem wypowiada się o Saddamie Husajnie, bo zabijał terrorystów i robił to dobrze. Robert Kagan lamentował: Jedyną opcją jest głosowanie na Hillary. Kagan to czołowa postać klanu-rodu waszyngtońskich neokonów. Należy do niego Victoria Nuland, ta sama, która rozrabiała na Majdanie, i ta sama, która stała za obaleniem Kadafiego i zbrojeniem dżihadystów w Syrii. Do obozu „Never Trump” przyłączyło się 116 weteranów administracji Busha. Co ich przestraszyło (poza tym że Trump nazwał ich generałami, którzy przegrali wszystkie wojny)? Zapowiedź, że będzie neutralnym pośrednikiem między Izraelem i Palestyńczykami (tak jak Carter w Camp David), że ułoży się z Putinem (tak jak Nixon z Breżniewem i Mao Tse-tungiem), że nie wyruszy z nową krucjatą na Bliski Wschód i że nie będzie przeszkadzał Putinowi w bombardowaniu Państwa Islamskiego. Swoje w Fox News dorzucił Newt Gingrich: Establishment jest przerażony, bo Trump nie należy do tajnego stowarzyszenia i nie bierze udziału w jego rytuałach.

    „Nadchodzą ciężkie czasy” – taka zmora musiał majaczyć się większości amerykańskich Żydów, gdy budzili się 9 listopada z wielkim powyborczym kacem – pisał „Forward”. Mimo różnic z Obamą co do Iranu, Żydzi nigdy nie mieli prezydenta tak bliskiego ich wizji świata i ich jestestwa. Obama nie tylko promował, ale ucieleśniał wizję społeczeństwa wielokulturowego i liberalne idee propagowane przez amerykańskich Żydów. Żydowską kulturę i Yiddishkeit znał i rozumiał lepiej niż jakikolwiek poprzedni lokator Białego Domu. Żartowali, że z reformowanym judaizmem różnią go jedynie dni obchodzonych świąt. Przez większość Żydów postrzegany był jako „mensch”. Za jego prezydentury Żydzi sięgnęli szczytów swej akceptacji i zakorzenienia w amerykańskim mainstreamie, a bycie amerykańskim Żydem stało się hip i cool. Żydowską idyllę przerwał brutalnie wybór Trumpa. Zimny prysznic wzmocniło jego zaplecze wyborcze w postaci aktywistów „alt-right” (alternatywnej prawicy), którzy regularnie potępiali światowe gremia finansowe zdominowane przez Żydów. Co prawda Trump zdystansował się od – jak nazywały ich żydowskie media – heteroseksualnych białych chrześcijańskich mężczyzn, obawiających się, że ich wnuki staną się znienawidzoną mniejszością we własnym kraju, ale zrobił to pod przymusem. W opisie Chemi Shalev z „Haaretz” liderzy i żydowskie kongregacje religijne odebrały zwycięstwo Trumpa jako narodową katastrofę. W synagogach całej Ameryki zapanowała atmosfera żałoby, lały się łzy. Z dnia na dzień z insiderów stali się outsiderami – w większości głosowali na Clintonową, a neokonserwatywna elita zdystansowała się od Trumpa i nie będzie w przyszłej administracji odgrywać żadnej roli. Poglądy wyznawane przez Trumpa są diametralnie sprzeczna z żydowskimi. Do Białego Domu wniesie nacjonalizm, poglądy rasistowskie, teorie spiskowe, myzoginizm, islamofobię i faszyzm – alarmował rabin Jonah Dov Pesner.

    Jest wiele sposobów na wywołanie zachwytu żydowskiego audytorium, np. poruszanie takich, drogich Żydom, tematów, jak bezwarunkowe poparcie i zobowiązanie do zwiększenia pomocy dla Izraela, stronniczość w rozmowach z Palestyńczykami, uznanie Jerozolimy za stolicę państwa żydowskiego. Trump wszystkie zignorował. Zamiast tego uciekał się do metafor o Żydach owładniętych obsesją na punkcie pieniądza. Gdy złożył deklarację, że zawsze na pierwszym miejscu stawiał będzie interesy USA i przebąkiwał o neutralnym podejściu do bliskowschodnich konfliktów, już nazajutrz pojawiły się karykatury Trumpa z hitlerowskim wąsikiem. Bo dla Żydów „neutralność”, a nie pełne i bezwarunkowe poparcie dla Izraela, to zakamuflowany antysemityzm. Jeśli Trump znowu zrobi Amerykę wielką, to kosztem Izraela (...) Izrael potrzebuje prezydentów, którzy wychwalają go jak tylko można często i głośno. Mr. Trump nie oferuje nic z tych rzeczy – lamentował Shmuel Rosner w „New York Times”. Dla Chemi Shalev z „Haaretz” wiara, że prezydent, który nastąpi po Obamie będzie lepszy dla Izraela, zanika z każdym dniem, a strategia, że Partia Republikańska jest warownią Netanjahu, wali się jak domek z kart. Trump przyciągnął do siebie niewykształconych wyborców białej klasy robotniczej, wyalienowanych z ekonomicznego i politycznego systemu. Nie wiemy, jakie mają poglądy na Izrael, ale jeśli wyleźli z Dzikiego Zachodu, aby głosować na Trumpa, bo obiecał im pracę, to mogą nie polubić kosztownego pakietu pomocowego dla Izraela – lamentował Jonathan Guttman.

    Linie podziałów politycznych w naszym kraju mają ponadnarodowy lub, jak kto woli, etniczny charakter, a relacje z Ameryką to stosunki polsko-żydowskie, a nie polsko-amerykańskie. I to, kto urzęduje w Białym Domu i co mówią o nim Żydzi, ma znaczenie. Na działaczy PiS-u Trump działał jak czerwona płachta na byka. Wzbudzał w nich, na przemian, potępieńcze tyrady i życzenia klęski. Szczególnie osobliwe głosy pojawiały się na łamach „Gazety Polskiej”. Dla jednego z jej dziennikarzy sukces Trumpa to perspektywa prezydentury „amerykańskiego Leppera”. PiS to duplikat waszyngtońskich neokonserwatystów w Polsce, a szczyt marzeń naszych neokonów, dla których gotowi byli poświęcić wszystko, to USA na ścieżce wojennej z Rosją, zaś zwycięstwo Trumpa to koszmar, bo trudno będzie wojować z Putinem w „strategicznym partnerstwie” z lilipucią Litwą i zbankrutowaną Ukrainą. Zwycięstwo Trumpa oznacza dla PiS-u utratę gruntu pod nogami, bo Trump spadku po neokonserwatystach nie przejmie. Słowa Trumpa: Najpierw zadbamy o nasz kraj, zanim będziemy się przejmować wszystkimi innymi, wystraszyły nie tylko waszyngtońskie elity. Przeraziły także te nad Wisłą. Przed Polską rysuje się nowa koniunktura i z Trumpem trzeba się ułożyć. Szkopuł w tym, że po naszej stronie do rozmów z nim zasiądą ci, którzy przejmują się wszystkimi innymi, a nie własnym krajem. Gdy Waszczykowskiemu zadano pytanie, czy ma swojego człowieka w sztabie Trumpa, odpowiedział bezradnie: Z tego co wiem, tam są Polacy, związani z Polonią. Trzeba będzie natychmiast uruchamiać wszystkie kanały. Szkopuł w tym, że jego kanały to Applebaumowie, a jego Polonia to Schnepf. Autor: Krzysztof Baliński

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30